Gajówka.

Gajówka.
Gajówka. Widok z naszej sypialni w maju.

O mnie

Moje zdjęcie
Witam u siebie. Lubię pisać o życiu, podróżach i trochę o przemijaniu.

czwartek, 27 grudnia 2012

Desigual



Desigual


Czy znacie tę markę? Pytałam kilku moich koleżanek, czy słyszały o sklepach Desigual. Czy kupują tam, to nawet nie pytałam, bo mniej więcej znam ich ubrania. Spodziewałam się, że jedynie Beatka i Ania będą znały Desigual i miałam rację. To jest stosunkowo droga odzież, w odważnych kolorach i połączeniach. Potrzeba osobowości, żeby ją nosić. Julita, też ją ma!

W podręcznikach do angielskiego już parę lat temu zetknęłam się z historią założyciela Zary- Amancio Ortega, kiedy u nas mało kto słyszał o Zarze. Teraz to taka „sieciówka”, jak co najmniej McDonalds ? Kiedy kilkanaście lat temu zaczęłam jeździć do Anglii, najbardziej podobały mi się sklepy Monsoon, lokalizowane na ogół obok Accesorize. Uwielbiałam oglądać kolorowe spódnice, sukienki, swetry w takich barokowych połączeniach, obfitości kolorów, materiałów i deseniów. Najpierw lubiłam „ciuchy” indyjskie. Kiedy po raz pierwszy przywiozłam sobie sukienki i bluzki z Indii w roku 1980, nie było osoby, żeby się za mną nie obejrzała na ulicy i sprzedawałam je potem po kilkaset złotych, co było zawrotną kwotą. Potem sklepy indyjskie tak bardzo się upowszechniły, że stały się „biblią pauperum” mody dla dawnych dzieci kwiatów i ich córek.
W marce Desigual jestem zakochana od paru lat i nie zliczę, ile godzin spędziłam w przymierzalniach firmowych sklepów, szczególnie na lotniskach. Każda kolekcja zachwycała paletą dzikich i egzotycznych kolorów, odważnym zestawem wzorów i geniuszu detali, taka wiecznie modna ekstrawagancja.
Niestety cena tych zawadiackich szaleństw była barierą nie do pokonania: spódnice, sukienki po około 100 euro; bluzki, sweterki 60 – 80, a płaszcze (jesienno-wiosenne) 220 – 280 euro. Ale jakiś czas temu byłam w Barcelonie najpierw w okresie jesiennych, a potem noworocznych wyprzedaży - „rebajas” i ceny optymistycznie były niższe o 50%. I teraz jestem przekonana, że każdy ciuszek z ich kolekcji to udana inwestycja zarówno finansowa, jak i stylowa. Po jakimś czasie córka dojrzała te cuda w sklepach second hand`u, a tam ceny wiadomo zachęcające.
Wyjątkowo ciekawe wzornictwo ściąga na siebie spojrzenia, a fenomenalny krój sprawia, że moje lustro wyglądało na zmęczone wiecznym odbijaniem... Taka jestem próżna. Jak się cieszę, że mnie to jeszcze bawi.
Tutaj z przyjaciolmi z Beziers i moja desigualowska bluzeczka, dwa różne rękawy, rozszerzane na dole, a plecy jeszcze inne.

Zachęcam do zakupów w Desigual, szczególnie teraz, kiedy temperatury za oknem oprócz potrzeby wielowarstwowego opatulenia, wywołują pragnienie ogrzania się kolorami. Szarości błota pośniegowego, błotnistym trawnikom trzeba powiedzieć „nie” i podążyć w poszukiwaniu ciucha oryginalnego i barwnego.
Ta barcelońska marka Desigual od niedawna jest dostępna w Polsce / procz second hand`u/ i staje się coraz bardziej popularna. Córka kupila sobie genialną torebeczkę, potem zrobię zdjęcie.
 Firma pracuje na projektach młodych hiszpańskich designerów, a wspólnymi ich cechami są nietypowe połączenia kolorów i materiałów. Projektanci wykorzystują kontrasty kolorów i barw, które mnie kojarzą się z hiszpańskim spojrzeniem na modę Agathy Ruiz de la Prady czy Custo. Chętnie łączą ze sobą różne faktury, bawełnę, jedwabną surówkę, plastik. Seria spódnic, w których się zakochałam, składa sie z patchworkowo szytych, dość sztywnych kawałków bawełny z domieszką wiskozy, a mimo to spódnice świetnie układają się na biodrach. Sukienki, oryginalnie drapowane fantastycznie modelują sylwetkę. Bluzki z przezroczystej wiskozy z malarskimi nadrukami są bardzo oryginalne. Swetry mają nieoczekiwane dekolty, są bardzo seksowne. A płaszcz błyszczy niczym klejnot.
Desigual to moda dla ludzi z charakterem, dla osobowości z poczuciem humoru, wzory dzikie, pierwotne, kolorystyka ostra i zdecydowana.
Na stronach internetowych firmy są różne komentarze, od totalnego zachwytu  do  totalnej krytyki. Ta firma sprawia, że czuję się młodziej.






niedziela, 16 grudnia 2012

Xmas? Nie, dziekuję.

Nie wiem, czy mogę o tym napisać, czy nie będzie to bardzo obrazoburcze i " miserable", ale odkąd pamiętam, to nie lubiłam Świąt. I tak się teraz zastanawiam dlaczego. Wyjaśnienie nie jest skomplikowane. Jakby tak to podsumować, to muszę być dosyć nieszczęśliwa z tego powodu i pewnie tak jest. Moja starsza córka mówi, że nienawidzi Świąt, a ten fakt i mnie niepokoi bardzo.
I jak mnie drażnią te wszystkie szczęśliwe rodzinki, i zakupy, i prezenty i świąteczne przygotowania.
W moim dzieciństwie i wczesnej młodości okres świąteczny spędzaliśmy w domu, nie wyjeżdżaliśmy do babci, bo jedna wcześnie zmarła, a druga to była "babka" , a nie babcia. To już jeden powód do nieszczęścia. Rodzeństwo rodziców mieszkało w innych miastach, spotykaliśmy się podczas wakacji, nigdy na Święta, czasami z młodszym bratem Mamy, moim ukochanym wujkiem- bratem prawie,był tylko 14 lat starszy. Zmarł potem dosyć młodo, mieszkał z nami nawet przez jakiś czas.  Ponadto charakter pracy mojego taty wymagał  częstej nieobecności również i w tych radosnych rodzinnych chwilach.  Prezenty dostawaliśmy na Mikołaja, najczęściej książki i cukierki, pamiętam takie kupowane od prywatnego wytwórcy, czekoladowe w kolorowych, błyszczących papierkach. One też były na choince. Mój brat, egocentryczny od dziecka, między bajki mogę włożyć opowiadania o opiekuńczym starszym bracie, zawsze te cukierki wyjadał szybciej ode mnie. Zawsze mi wszystko zabierał.
Z miłych chwil pamiętam,gdy mama chodziła na jakiś kucharski kurs i potem na święta przygotowała niezwykle smaczne potrawy. Tak było wytwornie i elegancko. Kupiła  serwis do kawy, nowe obrusy, może sztuczną choinkę, bo taka była wtedy moda, nie pamiętam dokładnie. Upiekła jakieś torty, a nie tylko ciasta na dużych blachach, które zanosiliśmy kiedyś piec w pobliskiej piekarni. O, dawno to było, w pierwszych latach podstawówki.
Najbardziej święta lubiłam w czasach studenckich, zjeżdżało się do domu, spotykało ze znajomymi z liceum i podwórka.
słynny sylwester w domu u moich rodziców, sprzed lat-1981r., ja w srodku , blondie z lokami. Małgosia,moja najserdeczniejsza przyjaciółka, miedzy dwoma chłopakami po lewej zmarła w w 2007r., ta szczęśliwa para, wtedy rok po slubie, w głębi, dawno rozwiedzeni po okropnych przejsciach, urocza brunetka po lewej straciła ukochaną córeczkę, kiedy miała 7 lat, leżący na dole chłopak z wąsami, byłam z nim kiedyś na studniówce, obecnie wrak człowieka po ciężkim nowotworze, pozostali żyją bardzo przyzwoicie. Łącznie z fotografem, którego nie widać. Romek, po prawej, znamy sie od urodzenia, bo nasi rodzice się przyjaźnili, pochodzili z jednego miejsca i tez znali sie od urodzenia, wyjątkowo przemiły facet teraz i zawsze był. Wtedy bylismy studentami, obecne zawody to wiekszość nauczycieli. Ela, blondynka z lewej, pracuje w AGH, tam studiowała, lubilam do niej jeździć, do akademika Babilon, było tam tylu przystojnych chłopaków. Mariola, w środku w bialej sukience, miała ślub wtedy, 25 grudnia,  przyjechali tylko najbliżsi, mąż  Jacek powyżej niej,  dla nich ten sylwester  był jak wesele, bo mieli tylko skromne przyjęcie. Mieszkają w Krakowie.
 Każde jedzenie wtedy smakowało i łazienka tylko dla siebie. I absolutnie nadal nie była to magia świąt, ale najważniejsze były spotkania ze znajomymi.Rodzice mieli swoich przyjaciół i tak było oddzielnie prócz wigilii.
z córką w jakims hotelu.
Potem wyszłam za mąż i chciałam na początku tak szczególnie i wyjątkowo urządzać święta. Lubiłam dla córek ubierać choinkę u rodziców, zawieszałam mnóstwo bombek i robionych specjalnie dla nich dekoracji. Dostawałam wtedy dolary od znajomego z USA, były kosztowne prezenty, wyszukane dania i wszystko ładnie podane. Szybko się okazało, że moje małżeństwo było nieudane, nie rozstawaliśmy się, bo dzieci małe, bo rodziców szkoda, a nie było tak tragicznie. Potem zarabialiśmy coraz lepiej i ja unikając tego sztucznego szczęścia, zaczęłam zamawiać wczasy w górach. Uczyłam córki jeździć na nartach, łyżwach. Na hasło święta dostawałam wysypki, szkoda mi było rodziców, na ogół wigilia była w domu i potem zaraz wyjazd, łącznie z sylwestrem. Mąż czasami sam jeździł do swoich rodziców i dzieliliśmy się dziećmi. Ja z młodszą córką, on ze starszą. Rozstaliśmy się definitywnie po kilkunastu latach, a wtedy to już zupełna rodzinna  świąteczna tragedia. Znowu dzielenie się dziećmi, coraz starsze same nie wiedziały z kim spędzać te nieszczęsne święta. Potem w małym odstępie czasu umierają moi Rodzice, niedługo potem mój były mąż. I co ja miałam ze sobą robić? Wigilia z bratem, który reprezentuje zupełnie inne wartości życiowe? Z którym nie czuję żadnej bliskości? Było parę tych wigilii, całkiem bez sensu.
jedynym sensem wigilii u brata był kontakt dziewczyn ze swoim ciotecznym bratem.

 Już wolałam pojechać do moich byłych teściów, tam znowu było tak zawsze smutno. Córki dorosły, pewien epizod swojego życia spędziły w Anglii, min. i okresy świąteczne. To była ich taka ucieczka. Wróciły, poszły na studia, wszystko się niby ułożyło. Ale nadal ta nasza rodzinna dezintegracja nie służy rodzinności. Kiedy pomyślę Anglia, to cała kaskada wspomnień, ulubiona każdego "magdalenka". Poznaję Kima i zaraz wydawało mi się, że stworzymy nową rodzinę, będą święta, urodziny i całe to miłe szczęście.
Tutaj w Galerii Lafayette, tak wierzyłam, że wszystko bedzie super. No  other way.
Ale Kim wychowany na statkach, nie rozumie, co to znaczy rodzina i od paru lat znowu wymieniamy się z córkami, raz jedna , raz druga odwiedzała mnie we Francji, bo za drogie były bilety dla obydwu na 4-5 dni,  one nigdy nie chciały zostać dłużej niż do sylwestra. I taki tu był skomplikowany dojazd, samolot, i pociąg, i autobus i dwa dodatkowe noclegi w hotelach, bo nie było połączenia. I co za święta we Francji, czy Anglii, sama komercja i jeszcze zimy nie ma! Kim nawet ryb nie lubi i kolacja wigilijna to jakaś egzotyka dla niego. I cóż z tego,że polubił pierogi. Przyjazd do mnie, najczęściej przez Barcelonę lub Paryż był dodatkowym bonusem, ale i tak nigdy nie spotkałyśmy się razem, no raz na Wielkanoc, kiedy zostały na dłużej, bo i pogoda już u nas letnia była.
W Beziers z Magdą.
Barcelona
Z przyjaciółmi z Beziers.

I dlatego kupiłam dom w Polsce, może wreszcie polubię Święta dla córek, ale to dopiero ewentualnie na drugi rok, gdy ten dom wyremontujemy, jeśli do tej pory Kim jeszcze tu będzie. Wyjątkowo Polska mu "nie leży". Może polubię święta, gdy córki wyjdą za mąż, przecież już są całkiem dorosłe, i wtedy nie będę się martwić, że coś nie tak ze mną i nie będę się zadręczać moimi matczynymi obowiązkami. Będę żyła dla siebie i męża i wolałabym w ciepłym klimacie, jednak tak i na pewno.

wtorek, 4 grudnia 2012

Perpignan dla Niki, która mieszka w poblizu.




Powiedzenie, że wino jest dla mieszkańców Francji religią, to oklepany banał. Jednak we francuskiej części Katalonii widać to na co dzień.

Jak bardzo ważną częścią życia francuskich Katalończyków jest wino, widać z okien samochodu, kiedy kolorowa mozaika pól urozmaica się, przybierając złoto-zielono-brązowe barwy winnic. W zimie to tysiące niskopiennych krzaczków, równiutko obsadzonych na niekończących się polach. To niewiarygodne, co się z nimi dzieje jesienią, jakim bogactwem są dla tego regionu.

Salvadore Dali twierdził niegdyś, że stacja kolejowa Perpignan stanowi centrum świata, a zdanie Mistrza niewątpliwie dobrze jest brać pod uwagę 
.Moja córka Magda ruszyła stąd 29. grudnia na podbój Barcelony., a było to prawie 3 lata temu. Ale zanim pożegnaliśmy się z nią na tym słynnym dworcu, odbyliśmy mały spacer w czasie i przestrzeni, szlakiem kulinarnym, winnym i historycznym.
Trudno było nie zauważyć dwujęzycznych napisów wszędzie, a próba porozumienia się z kelnerką była nie lada wyczynem. Młoda dama mówiła niesamowitym akcentem, z trudem zrozumieliśmy polecane smakołyki.

Podobnie jak po hiszpańskiej stronie gór, Katalończycy żyjący we Francji wciąż pamiętają o swej nie tak dawno utraconej niezależności. Choć mało kto posługuje się tu językiem przodków, na ulicach Perpignan w dalszym ciągu widnieją nazwy wypisane zarówno po francusku i katalońsku, zaś wszędzie, od przystanków autobusowych, przez krzesła w restauracjach i rynny na budynkach, po proporce i flagi na średniowiecznych murach, dominują dwie barwy - czerwień i żółć albo zdaniem tubylców - krew i złoto. 
Barwy te upamiętniają bohaterskiego księcia Conflent, Wifreda zwanego Kudłatym, który w IX wieku po zwycięskiej bitwie z księciem Roussillon, zdobył panowanie nad księstwem Barcelony. Ranny w bitwie - własną krwią zaznaczył na swym złotym godle ślad czterech palców, co do dziś jest symbolem męstwa i wierności, stosowanym zarówno przy oficjalnych ceremoniach, jak i na meczach słynnej FC Barcelona.


O burzliwej historii Perpignan, przez pewien czas będącego również siedzibą królów... Majorki (!), świadczą jego imponujące zabytki. Obok wspaniałej katedry i Campo Santo – średniowiecznego cmentarza, imponuje górujący nad miastem zamek. W centrum miasta pozostawiono fragment starych murów, zbudowanych z typowych dla regionu, czerwonych cegieł . Fragment ten, zwany po francusku Castillet, czyli zameczek, zwraca uwagę jednym, bardzo charakterystycznym szczegółem: jego strzelnice usytuowane są po wewnętrznej stronie murów, a nie od zewnątrz jak w typowych fortecach!

Przed historycznymi murami bajkowe Le Marche de Noel , lodowisko dla dzieci prześlicznie udekorowane, jakby zimowy Disneyland, iluminacje i słodkie amerykańskie Xmasowe pioseneczki. Magda ma ochotę na przejażdżkę w towarzystwie reniferów, mikołajów i śnieżynek. Jest baśniowo, niewiarygodnie i tak bardzo szczęśliwie. Z tej ekstazy może mnie tylko uratować jakieś wino, bo się zaraz rozpłaczę ze wzruszenia.
Kontynuujemy nasz zimowy spacer, zimowy ze względu tylko na dekoracje, bo temperatura powietrza to ok. 17stopni, w poszukiwaniu kolejnej knajpki .Jest ich niezliczona ilość, a każda wystylizowana, zaciszna, ładnie oświetlona ,zachęca muzyczką, wystawionymi stoliczkami i menu ładnie wyeksponowanym.
Ze szczytu Castillet widać obie historyczne granice : północne pasmo gór wyznacza dawne krańce niepodległego królestwa, zaś ciągnące się na południu Pireneje - obecnie istniejącą granicę z Hiszpanią.

Innym intrygującym zabytkiem jest romański kościół, zlewający się z gotyckimi murami katedry i stanowiący świadectwo średniowiecznego kunsztu, Zdecydowanie chlubne świadectwo postępowych tradycji Perpignończyków reprezentuje średniowieczny budynek Rady Miejskiej, z fasadą ozdobioną trzema wystającymi rękami, symbolizującymi władzę trzech stanów reprezentowanych w Radzie: arystokracji, bogatych kupców i chłopów.
Tutaj zameczek jeszcze raz.

Wokół Perpignon rozciąga się jednak to, co decyduje o prawdziwym charakterze tego kraju: winnice regionu Roussillon. Kombinacja górsko-morskiego klimatu, składu gleb i tradycji winiarskiej sięgającej starożytności, sprawia, że produkowane tu wina są równie unikalne jak cała kultura Katalonii. Do dziś winiarze, zwani tu "rzeźbiarzami gór", stosują w pracy ręczne narzędzia i techniki sprowadzone w XIII w. z Ziemi Świętej przez Templariuszy. Roussillon jako jedyny rejon Francji cieszy się ponad 300 dniami słonecznymi w roku. Właśnie pogoda, a także typowy dla tych okolic suchy wiatr Tramontane sprawiają, że, obok doskonałych win wytrawnych, produkuje się tu naturalnie słodkie wina typu Muscat o pięknym, złotym kolorze i wspaniałym, pełnym smaku.

Ok. 18. Magda odjechała pociągiem do Barcelony, zrobiło się smutno bez niej. A my wróciliśmy do Beziers, w domu nadal migotała wesoło choinka, uśmiechał się do mnie mój Santa Claus.W tej chwili było coś bardzo melancholijnego, a we mnie ogromne pragnienie łez. Taka to jest więź z dziećmi. Zdjęcia z córką zamieszczę potem, muszę je najpierw gdzieś odszukać.





wtorek, 27 listopada 2012

Zabawa na blogu -odpowiedzi dla Asi z 'mojedwaslonca'.

Ostatnio na blogach popularna jest zabawa pt. Liebster blog, polega to zadaniu 11 pytań i wysyłanie serduszka do wyznaczonych osób, które odpowiadają na pytania, wymyślają swoje i wyznaczają kolejne 11 osób i taki to jest sympatyczny łańcuszek. Ja pozwolę to sobie zmienić, bo nie wiem , jak wysyła się te nominacje i poproszę moich czytelników na odpowiedzi w komentarzach, jeśli mają na to ochotę.
Argens nad Kanałem Południowym, nasze ulubione miejsce na popołudniowe drinki.
Jednocześnie  dziękuję Asi i Ewie za propozycję zabawy, z przyjemnością odpowiedziałam Ewie, a teraz Asi. Zapraszam do zabawy!
    1. Co Cię  inspiruje?----miłość, koncerty muzyczne, piękno zabytków i krajobrazów, literatura klasyczna, szczególnie poezja.
    2. 5 ulubionych książek (ewent. Filmόw, jeśli nie lubisz czytać)----książki to trudno wybrać,ale spróbuję. Głównie poezja, Herbert- Pan Cogito, Jacques Prevert- Paroles, Baudelaire, Apollinaire, K.K.Baczyński.
    3. Ulubiony sposόb spędzania wolnego czasu----spotykanie się z dobrymi przyjaciółmi, oglądanie fajnych filmów z córkami i ich komentowanie, spożywanie smacznych posiłków z rodziną i przyjaciółmi, picie dobrego wina, podróże z mężem.
    4.  Z domu nie wychodzisz bez…torebki. We Francji bez aparatu fotograficznego, bo tam wszędzie szukałam czegoś ciekawego do sfotografowania.
    5.  Za 5 lat.....będę na emeryturze, jakiejś wcześniejszej chyba, może się wnuków doczekam już, i mam nadzieję na bardzo wygodne życie u boku mojego męża, tak mi obiecywał, kiedy on sam też będzie na emeryturze.
    6.  Film, ktόry ostatnio przepłakałaś.....a ja ciągle płaczę, nawet oglądając seriale typu Na dobrze czy na złe, nieśmiertelny Dom , bardzo przeżywam filmy, szczególnie wojenne.
    7.  Dlaczego piszesz bloga?..... bo mam tyle ciekawych doświadczeń i chciałabym je zachować dla siebie na pamiątkę, a może kogoś zainspirować moim życiem?.Chciałam też poznać ludzi z różnych stron swiata,bo odnajduję w nich siebie, są moją podpowiedzią na zycie. Ponadto całe życie pisałam pamietniki, to jest taka naturalna kontynuacja.
    8.  Jak zaczęła się  Twoja przygoda z blogowaniem?-----wymyśłiłam to 1 lipca tamtego roku, kiedy Polska zaczęła przewodniczyć w UE, naprawdę, myślałam, że będę  "uświadamiać"  rodaków i tych stamtąd. Zawsze miałam takie nauczycielskie skłonności.
    9.  Najbliższe wakacje/urlop  spędzęod kilku lat moje życie to  ciągłe wakacje z krótką przerwą na pracę,  ale tym razem chyba ten mój nowy dom koło Jeleniej Góry będzie wakacjami dla mnie. Bo zaczynam bardzo się z nim identyfikować. I tak sobie wszystko wyobrażam. I ponadto cała kasa pójdzie na ten dom i nie będzie już na takie wyjazdowe wakacje, chyba , ze do Francji, ale to  nie wakacje dla mnie. Chciałabym, żeby mąż zabrał mnie znowu na Florydę, bo tam tak beztrosko.
    10.  Ulubione danie-----dobry stek, żeberka w miodzie, placki po węgiersku, carpaccio jako przystawka, tort orzechowy jako deser.
    11.  Ryan Gosling, Ashton Kutcher, Robert Downey Jr, czy Colin Egglesfield?-----to nie moje pokolenie, ale może być Robert Downey jako Sherlock Holmes. 

niedziela, 25 listopada 2012

Moje "nieludzkie" życie z Kimem.

Tytuł postu najzupełniej mylący i  z tym zamiarem napisany. Nie będzie wyznań na miarę Kasi Figury, tylko rozważania niemalże eschatologiczne, ale bardziej w kierunku humanizmu niż religii.
Za każdym  razem, gdzie zamieszkiwałam z Kimem, słyszałam pytania, a dlaczego tutaj kupiliście dom, czy jest jakiś szczególny powód?  Każdy oczekiwał odpowiedzi na miarę filmu z intrygą, albo  wyjątkowego, zawiłej kulminacyjnej opowieści. Żeby nie zawieść pytającego, ja zawsze wymyślałam ciekawe odpowiedzi, na ogól zgodne z prawdą, trochę upiększone,  i każdy był usatysfakcjonowany.Moją specjalnością, tak sobie wmawiałam, jest zaskakiwanie ludzi, lubię być inna i podkreślać swoją nietuzinkową osobowość/!/ W dążeniu do osiągnięcia takiej opinii, od wczesnej młodości robiłam różne szalone rzeczy, wspominanie o nich rzeczywiście mogłoby wywołać teraz  żenujący uśmiech na mojej twarzy, nie dziwne , że moje córki też takie nierozważne, ojciec ich  również bezmyślnie marnował swoje talenty i nie myślał poważnie. Ale czy każdy ma być jak z piosenki  Izy Trojanowskiej  " powiedzmy tak za 10 lat adres w bloku i mały fiat".  Musiałam zachowywać jednak jakiś umiar, bo w końcu potem byłam  też nauczycielką, skończyłam jak w piosence, ale   głęboka wiedza humanistyczna, mnóstwo przeczytanych niezwykłych lektur stała się dla mnie chyba przekleństwem. Zaczęłam żyć jakąś iluzją chyba, przemożną chęcią zatrzymania czasu, wypełniania swojego życia cnotą zdobywania pieniędzy, czyli  przemożną odpowiedzialnością w pracy, i rozpustą obyczajową, intelektualną, podróżniczą.  Po rozwodzie z pierwszym mężem najbardziej pochłonęły mnie miłostki, flirty i romansiki, biurowe, szkolne, wakacyjne. I w taki sposób 8 lat temu poznałam Kima.
 I wszystko nabrało wyjątkowego przyśpieszenia. Tough life, isn`t it? Zwracał się do mnie, kiedy po całych dniach leżałam na basenach luksusowych hoteli, z kieliszkiem schłodzonego wina, salaterką owoców, niby zmęczona po zwiedzaniu danego miejsca z prywatnym przewodnikiem. I kiedy u nas była zima, ja odpoczywałam gdzieś w tzw. ciepłych krajach. Vide zdjęcie :))
Bo on pracował na tych swoich statkach, ja gdzieś dojeżdżałam do niego i tak sobie beztrosko żyłam. A  w domu polskim córki wpadały w nieodpowiednie towarzystwo, dlaczego nie szły moim śladem?! Dlaczego ładne, materialnie zabezpieczone, wykształcone dziewczyny  upodobały sobie low social class? Nie mogę tego pojąć. Dobrze prosperująca firma trochę podupadała. Dochody zmalały, bo ja nie miałam nad nią nadzoru, co dwa miesiące gdzieś wyjeżdżałam i nie było  mnie kolejne dwa miesiące Traciłam z wolna kontakty z moimi polskimi znajomymi. Zaczęłam pisać bloga. Ale nadal  bawiłam się absolutnie wyjątkowo, do zeszłego roku.
I teraz przejdę do Iwaszkiewicza, cytaty na niebiesko, a moje myśli pozostaną czarne,/ prawie dosłownie/ tzn. w tym samym druku.
 Żyjemy w warunkach zupelnie nieludzkich- powiedzialam do Kima.
Jak to rozumiesz- zaniepokoił się. Czy coś ci nie dogadza.
Przeciwnie- powiedziałam- wydaje mi się, że istnieję w warunkach zupełnie nie znanych ludziom mojej sfery. To jest zbyt piękne, aby był prawdziwe.
Żartujesz- powiedział Kim, takie powinno być życie ludzi. Wszystkich ludzi.
Ale- westchnęłam, utopia mój drogi. I myślę, że na ogól szczęśliwi ludzie tak nie zyją. To jest oprawa dla ludzi nieszczęśliwych.
Uważasz się za nieszczęśliwą? - spytał Kim.
Ach, nie. Ale to nie jest oprawa dla mnie, to wszystko- pokazałam ręką. Te winnice wokoło, to gorące słońce i palmy. Wolałabym widzieć krowy na łąkach i słyszeć  głos koguta.
Nieraz jeden myślałam o szczęściu, ale wiem to dobrze, że szczęście jest utopią. Utopia to jest wykręcanie się od odpowiedzialności....Utopia to jest nieliczenie się z historią, a właśnie dlatego nie nadaje się zupełnie dla nas. My żyjemy zawsze historią i każdy z nas interpretuje tę historię na swój sposób....My mamy inne mity i nie jest to mit szczęśliwości wiecznej, czy strajku generalnego, jak gdzieś tam w bajecznych śródziemnomorskich państwach , włoskich, hiszpańskich czy nawet amerykańskich. U nas było obrzędowe niejako ofiarowanie na ołtarzu ojczyzny hekatomby chłopców i dziewcząt. Amerykańscy chłopcy na wojnie jedli czekoladę i żuli gumę do żucia, a nasi ginęli , jak w pieśniach partyzanckich. Ja tym byłam karmiona i leciały żurawie od Moskwy ,  ballada o żołnierzu i tak tu cicho o zmierzchu  zostawało w sercu.
I dlatego , zdaje się, absolutnie niemożliwe jest porozumienie moje z Kimem. Czy mnie rozumiecie?
Ja nie lubiłam naszego kraju i często cytowałam Wojaczka,  " Boże czemu stworzyłeś mnie Polakiem?" Ale jestem zanurzona do głębi w moją historię, katolicyzm, chociaż nie jest moją ideologią, prowincjonalizm , poezję romantyczną, to jest część mojej  duszy i mojego  świata, nie mogę tego zmienić. I kiedy widziałam, że świat jest tak piękny, że słowa więzną w gardle, a my nie prowadzimy żadnych poważniejszych rozmów  , tylko tkwimy w bezruchu, bo nic nie może zmącić tego spokojnego spojrzenia  na świat w tej jasnej chwili, to ja czułam się niezrozumiana. Chciałam powiedzieć o mojej Mamie i jej marzeniach, a on kwitował to zawsze moją " martyrologią komunistyczną" . To mnie bawiło na początku, a potem już tylko drażniło. Starannie unikaliśmy rozmów, które byłyby trudne. Slyszałam tylko bez przerwy Enjoy it, what f*else do you want? Zresztą on zupełnie nie rozumie, jak to jest czy jak było. Np. to, że Gaszyński czy Godebski pisał wiersze i brał udział w bitwie pod Raszynem czy pod Ostrołęką. On tak samo nie mógł zrozumieć, co to był stan wojenny, dostanie się na studia, otrzymanie pierwszego mieszkania,  stanie w kolejkach, urodziny dzieci, sam nie ma swoich, kabaret Laskowika i sto innych rzeczy. A ja nie rozumiem jego entuzjazmu z powodu lukratywnej pracy na Seszelach, Nowej Zelandii czy w Singapurze i że, kiedy miał 22 lata to jeździł Porsche, a Harley`m woził dziewczyny na randki i również jego doswiadczenia są mi obce, bo odległe o lata świetlne od mojej planety.
 I kiedy chodziłam tymi winnicami, uciekając od tych szczęśliwych Anglosasów, nagle ogarnęła mnie nieprawdopodobna tęsknota do naszego powietrza, do naszego pejzażu, do naszego losu- którego żadne inne losy nie mogą zastapić i których żaden uczony, ani żaden fagas nie mogą zrozumieć.
To uspokojenie, ten przepiękny pejzaż i ten znakomity komfort były dla mnie koszmarem, to mi spać nie dało.

 I dlatego właśnie kupiliśmy dom w Polsce, ale dla niego wszystko jest f* backward i nasze nowe doświadczenia mogą stać się kartą przetargową, być albo nie być nadal razem i gdzie znowu zamieszkać.
A dla mnie znowu córki i moja ukochana firma są najwazniejsze, i moi polscy znajomi.
A Ogrody Iwaszkiewicza ostatnio czytałam do poduszki i znalazłam piękny excuse dla mojej zmiany adresu. Tak to mniej wiecej  się czułam.
Ale moją śródziemnomorską przygodę na pewno będę wspominać w przyszłych postach. Gdy wszystko tu poukładam, może jeszcze wrócimy tam, gdzie cytryna dojrzewa, hehe.

sobota, 17 listopada 2012

Erice a tolerancja.



Tutaj jestem taka pełna nadziei na szczęśliwsze życie, bo i hotel w głębi był inspirujący! Na końcu postu teraźniejszy komentarz.

       
 W rozmowach towarzyskich często mówimy o tolerancji wobec innych religii, postaw i zachowań obyczajowych. W naszym małym, prowincjonalnym świecie są to często czcze rozmowy. Pewna jednorodność jaka tu występuje, dotycząca np. religii, wartości rodzinnych skazuje nas na przyjęcie typowych postaw, aby się nadmiernie nie wyróżniać. To czasami jest przykre, takie wzajemne niezrozumienie, stwierdzam z żalem. Niektórzy wyjeżdżają w świat i napotykają wprost gejzer różnorodności religii, kolorów skóry, postaw seksualnych i światopoglądów.
Już o tym kiedyś pisałam, teraz dopiero zauważyłam,/ 27.XI/ przy okazji jakiegoś komentarza. Ale coś pozmieniałam.
Na tzw. Zachodzie uwielbiam wręcz różnorodność, np. fascynują mnie pary mieszane. „Przeszczepy rodzą najlepsze owoce”. O tym właśnie chciałam opowiedzieć, o wycieczce do Erice, miejsca, które od najdawniejszych czasów było miejscem kultu żeńskiego bóstwa symbolizującego płodność. Najpierw bóstwo nazywało się Astarte, potem Afrodyta, a po rzymsku Wenus. Nos w „Weselu mówił: „życie nasze nic nie warte, kult Bachusa i Astarte”.
Do Erice pojechałam  kiedyś z kilkoma parami, w towarzystwie były następujące osoby: Wenezuelo-Włoszka Giacoma z Australijczykiem Jeffem, Chinka z Hongkongu Janet z Kanadyjczykiem Edgarem, Indonezyjko-Holenderka z Anglikiem Elliotem, Włoszka Carmen z Amerykaninem Loganem, Albanka Ardiola / to od niej mam nicka/ z Amerykaninem Howardem i ja Polka Alicia z WASP-em (White Anglosaxon Protestant). Oprócz tego, że pary są mieszane jeśli chodzi o skórę i język ojczysty, to często nie mieszkają w kraju rodzinnym, tylko jeszcze gdzie indziej, np. mój Anglosaxon we Francji, Australijczyk i Anglik na Malcie. A przykłady par, które znam, mogłabym jeszcze mnożyć, np. bardzo lubię pewną żółtą Holenderkę, która jest w związku z Anglikiem, a mieszkają w Hiszpanii. Holenderka Sue była adoptowanym dzieckiem z Chin, spotkałyśmy się na Malcie i jesteśmy w mailowej przyjaźni. Pary świetnie się uzupełniają, ci ludzie są otwarci, tolerancyjni i pełni fascynacji swoimi „backgrounds” czyli pochodzeniem.
Wrócę do Erice, bo wycieczka do tej niezwykłej miejscowości i w takim nietypowym towarzystwie zainspirowała mnie do napisania tego felietonu. Erice leży na wysokiej górze, która wznosi się nad Trapani (60 km od Palermo). Wjeżdża się tam kolejka linową. Na górze odnajdujemy ślady wszystkich cywilizacji, od prehistorii, poprzez Fenicjan, Kartagińczyków, Greków do Rzymian. Atrakcja i powodem ciągłości historycznej jest kult Astarte, fenickiej i kananejskiej bogini miłości, płodności i wojny, tożsamej z babilońską boginią Isztar i sumeryjską Inaną. Gdy w czasach rzymskim Erice upadło jako miasto i forteca, zachowało znaczenie jako centrum kultury Wenus wraz ze świątynią tej bogini.
Ja z Kimem, Włoszka Carmen, Giacoma- Włoszka wenezuelskiego pochodzenia, Edgar z Kanady.

Świątynia ta była zbudowana na samym szczycie, w tym miejscu, gdzie dziś stoi średniowieczny zamek. „Miasteczko jest ciche, w stylu raczej arabskim niż klasycznym, pełne pomników średniowiecznych, pałacyków z XVIII w., krytych uliczek z małymi podwórkami ukwieconymi jak stare dzielnice Capri. Erice jest czymś osobliwym na Sycylii. Położone na szczycie stromej skały, jest smagane przez górski wiatr. Niezmierzona panorama obejmuje zachodni brzeg wyspy schodzący wśród pobłysków suszarni soli. Brzeg północny w stronę Palermo najeżony jest skałami z poszarpanymi wyspami  na wprost.  To sceneria dla teatru klasycznego.
Całe miasteczko otoczone jest dobrze zachowanym murem , którego fundamenty megalityczne sięgają V w. p.n.e., uzupełnienie są rzymskie, a części górne stanowią konstrukcję normańska z XII w." Spacerowaliśmy po tym śpiącym miasteczku w potwornym upale. Od pięknego morza nic nie wiało, żeby się trochę schłodzić, poszliśmy na lunch. Klimatyzowana ristorante jest balsamem dla naszych rozgorączkowanych ciał. Gorąco od temperatury, wrażeń i tematów poruszanych w rozmowach.
Wszystkie międzynarodowe pary w naszym towarzystwie planują, albo śluby, albo kupno nowego domu, albo zmianę pracy i nie mają 20-30 lat, są znacznie starsi. Często nie mieszkają w państwach swojej narodowości, ale to im nie przeszkadza. Są otwarci, nie maja barier, by zmieniać życie.
Raduje mnie myśl, że pod wpływem tego towarzystwa, ja również mam wielkie plany i śmiałość zmieniać życie.  Bo wystarczy nawet w Polsce mieszkać na terenach przygranicznych, już tam różnorodność jest normą.  I o tym krótko, bo ja obecnie w  terenach przygranicznych mam tę śmiałość coś odmienić i wśród moich bliższych i dalszych sąsiadów już odnalazłam Polkę Magdę z Austriakiem Manfredem, Niemkę Petrę , utracjusza Holendra, conajmniej trzech gejów,  ekologa Sylwestra, który pomieszkuje w ogromnym wigwamie, a porzucił "rat race", artystyczne pary, Polaka Dariusza po wieloletnim pobycie za granicą rozumiejącego różne aspekty życia, bardzo dużo Niemców ekscentryków, artystów- rzemieslników, starsze Angielki, jedna z niepełnosprawnym wnukiem,  wokoło oryginalne budowle, kościoły protestanckie i greko-katolickie, ośrodki buddystów i odrestaurowane domostwa, tzw. poniemieckie. I to otoczenie mi się podoba.

                                                                    



piątek, 19 października 2012

Refleksje życiowe na Sycylii.

Wracajmy do Iwaszkiewicza i jego "Książki o Sycylii".

Napiszę najpierw, jak Goethe zagrożona zbliżającym się terminem naszego wyjazdu z tego raju. Postanowiłam  jeszcze poszukać wytchnienia w Villa Giulia (villa – ogród). Chciałam przeczytać tam moje dzienne pensum z „Odysei”. „Przemyśleć moje życie, a przy tym rozważyć, czy w tym temacie kryją się jakieś możliwości dramatyczne?” Snułam moje rozważania i estetyczne kontemplacje. Pachniały róże, pomarańczowe kwiaty, glicynie i fiołki, odurzający aromat. W obliczu takiej obfitości zawsze czuje się jak w raju.

Podkształciłam się z botaniki, szukając w Internecie informacji o roślinności śródziemnomorskiej. Mogę o sobie powiedzieć, że posiadam wykształcenie klasyczne, uczyłam się 6 lat łaciny, dosyć pilnie, elementy greki były zawsze przemycane, a ja chłonęłam to wszystko z ciekawością i wiecznym nienasyceniem. W mojej sali polonistycznej wisiał taki, wydawałoby się, oklepany frazes, chyba autorstwa Żeromskiego: „Nauka jest jak niezmierne morze, im więcej jej pijesz, tym bardziej jesteś spragniony”. I ja całe życie postępuję według tej maksymy. Taka egzaltowana podstarzała
"Madzia" :)) Głęboki ślad we mnie zostawiły lektury antyczne, romantyczne i młodopolskie, europejska dekadencja przełomu wieków, dionizyjska tragiczność i apolińska ucieczka w piękno i egzystencjalizm. Znam na pamięć Horacego, Wergiliusza, lorda Byrona, Baudelaire’a, Verlaine’a i to w oryginale, a polskich twórców recytuję na wyrywki. Słuchałam kiedyś Debussy`ego, Ravela i Szymanowskiego, Szopena obowiązkowo i pamiętam, jak Krystian Zimerman wygrał Konkurs Szopenowski w 1975 r. Niedawno obejrzałam ten  jego koncert w telewizji Kultura.
Dopełnieniem mojego wykształcenia miałyby być podróże, jak mantrę powtarzam sobie: „muszę umieć 5 języków obcych, muszę zobaczyć to i to, i tamto.” W młodości podróżowałam, byłam nawet u źródeł kultury praindoeuropejskiej czyli w Indiach oraz krajach Maghrebu czyli Afryce Północnej, gdzie ślady grecko-rzymskie są mocno obecne, a od tysiąca lat zdominowane kultura Islamu. I zaczęłam się wtedy uczyć tych 5 języków, marzyłam o Hiszpanii, Francji, Włoszech i Grecji. Miałam taka wspaniała nadbudowę, a brak było bazy. Bo skończyły się lata na utrzymaniu rodziców, a zaczęło się życie dorosłe, ponure, kryzysowe lata 80-te. I gdzie marzenia dla humanistów? W kolejkach za lodówką, telewizorem, meblami i jedzeniem, w ciągłych tarapatach finansowych. Chciałabym wypić kielich z Lety, rzeki zapomnienia i popłynąć w inne szczęśliwsze czasy.
I po wielu latach od tych młodzieńczych marzeń, los zafundował mi reinkarnację! Przypadkiem wsiadłam w „wehikuł czasu” (nomen omen mojej 28-letniej córki ulubiony przebój) i przynajmniej duchem mam znowu 25 lat, powtarzam nadal tę swoją mantrę, te 5 języków obcych, podróżuję, mam u boku męża, który akceptuje moje różne szaleństwa i wieczne nienasycenie. Piszę sobie te swoje opowiadanka i felietoniki, spotykam fascynujących ludzi i jestem szczęśliwa. Ośmielam się marzyć. A najważniejsze, że nie zarabiam 20 dolarów, taki był przekaźnik w latach 80. dla pensji nauczycielskiej, tylko mam przyzwoitą pensję europejskiego inteligenta, prawie:) Ale Faustowski przewrót w życiu też ma swoją cenę. „Darmo nic”, jak śpiewała Izabela Trojanowska.O tym wiedzą moi znajomi. A na koniec tych refleksji wróćmy na Sycylię, która była moja inspiracją. „Dziwna to ziemia, pławiąca się w słońcu, morzu, rozprażona, od zimy okryta kwiatami. Całe połacie kultury leżą tu na sobie, obok siebie, przedziwnie przemieszane zaczynając od kultury przedgreckiej, poprzez Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Bizancjum, Normanów, Niemców, Hiszpanów i Francuzów – wszystko się tu miesza, stopione w żarze słońca, wina i zapachu pomarańczowego kwiatu. A nad wszystkim góruje jedna kultura, która wyspie śródziemnomorskiej nadała fizjonomie zasadniczą – wielka kultura grecka. Ona urobiła w swoim czasie kształt sycylijskiego rolnictwa czy żeglarstwa i pieczęć greckiej sztuki odbiła w niebieskim cieniu gór i na zielonych polach pełnych winorośli. Teraz oglądać ją możemy, zamarłą i zastygła na zawsze, w teatrach i świątyniach Syrakuzy, Agrygentu, Selinuntu, Taorminy i Segesty. Otacza te ruiny nie tylko poetycka legenda, ale i wieczne życie zaklęte w kamienie poświęcone greckim bóstwom. Mieszka tu także jedyna na świecie afirmacja życia, z której rodzi się wiara w wieczyste prawdy Erosa.”
Tak pięknie o Sycylii pisał  J.Iwaszkiewicz, a czytając tam jego „Książkę o Sycylii” podróżowałam wytyczoną przez niego trasą. I „najosobliwsze pejzaże” były moim udziałem i „wieczyste prawdy Erosa” były po wielokroć udowadniane.