Gajówka.

Gajówka.
Gajówka. Widok z naszej sypialni w maju.

O mnie

Moje zdjęcie
Witam u siebie. Lubię pisać o życiu, podróżach i trochę o przemijaniu.

wtorek, 27 września 2011

Midnight in Paris- moja randka w Paryżu.


 Wczoraj byłam w kinie na najnowszym filmie Woody`ego Allena  "Midnight in Paris" i z taką przyjemnością oglądałam to czarujące nowe dzieło rozgadanego Allena. Śmiałam się najgłośniej w kinie i już myślałam, że ochrona zwróci mi uwagę. Nie wiem dlaczego inni nie podzielali mojego poczucia humoru, nie rozpoznawali postaci historyczno- literackich i ich charakterystycznych postaw, tak subtelnie i lekko pokazanych przez reżysera? Chociaż Dali i nosorożec akurat wzbudzali salwy śmiechu, ale Fitzgerald już nie.
Ja myślałam o wszystkich swoich podróżach do Paryża, opisywanych dokładnie w moich pamiętnikach, a byłam tam wielokrotnie w ostatnich latach, poznałam tam mojego męża i każda randka z nim była jak hollywoodzki film. Przypomnę teraz podróż do Paryża z 2006 roku, bo trochę nawiązuje do filmu Allena. Wersja oryginalna z pamiętnika.
 Ta moja mikołajkowa podróż była zmysłowo - intelektualna, zostawiła w mej pamięci tyle pozytywnych wrażeń i obietnic na przyszłość, że trudno mi się po niej "pozbierać" jeszcze dzisiaj, chociaż upłynął już miesiąc odkąd wróciłam. Bilet na Air - France kupiłam na początku listopada, więc przede mną był miesiąc na przygotowanie planu wycieczki.


Kim pisał w mailach z Miami, żebym sobie przemyślała swoje paryskie marzenia, bo on chce, żebym była szczęśliwa, a wie jaka jestem wymagająca, kiedy rozważamy intelektualną stronę przyjemności. Bo nie jest dobrze, kiedy wyrusza się w podróż bez marzenia, bez oczekiwań, nie można pozwalać sobie na przypadkowość, która czasami może się zdarzyć i być nawet fascynująca, ale lepiej odkryć te wzruszenia, które towarzyszą nam od zawsze. Myślałam sobie, koniecznie muszę się pomodlić się w "jakimś" paryskim kościele, najlepiej w Saint Sulpice lub Saint Germain Des - Pres, w ostateczności w Notre - Dame, jeśli nie będzie długiej kolejki do wejścia. Obowiązkowo muszę spędzić parę godzin w Luwrze i Muzeum d'Orsay, wypić drinka gdzieś na Champs Elysee i na wieży Eiffla, bo jeżeli Apollonaire opiewał wieżę Eiffla, nazywając ją "pasterką, u której stóp beczy stado sekwańskich mostów", Giradoux widział ją jako "żelazny sznur, który fakir rzuca w niebo zapraszając przyjaciół, aby się po nim wspinali w górę", Leon - Paul Fargue " kochał ją, ponieważ była dla niego schodami do nieskończoności", to co ja jeszcze mogę dodać. Wieżę Eiffla trzeba zobaczyć i koniec!
O tym, czego tym razem nie chcę oglądać, wiedziałam na pewno, cmentarzy paryskich, ani Pere - La chaise, Montmorency, Montparnasse czy Montrmatre. Nie jestem w nastroju eschatologicznym, a pamięć o wybitnych polskich osobistościach tam pochowanych, nich będzie mistycznym przeżyciem teraźniejszości. Bo będę chodzić po traktach, po których oni kiedyś dostojnie kroczyli.

Więc, kiedy przez miesiąc zastanawiałam się co jeszcze mam zobaczyć w Paryżu, najprostsza myśl mnie natchnęła. Zakupy i jedzenie! Przecież jadę tam w okresie przedświątecznym, a wtedy nie ma nic przyjemniejszego niż sklepy i restauracje, pięknie wystrojone, "ambiance" szczególny, bajkowy klimat, świat najśliczniejszych złudzeń a straconych tylko pieniędzy. Jakie to miłe, zwłaszcza kiedy nie płaci się swoją kartą ....
Spotkaliśmy się na lotnisku Charles de Gaulle, Kim leciał z Miami, a ja z Warszawy.  Lot upłynął bardzo wesoło, ale ja czekałam przede wszystkim na spotkanie z moim przyjacielem i Paryżem. Razem lecieliśmy z różnych stron świata i marzyliśmy o tym, co nas czeka. To wygląda jak film hollywoodzki, ale nie francuski "Frantic" R. Polańskiego, ale spełnienie jeszcze jednej romantycznej randki o jakiej marzą miliony ludzi, szczególnie w Ameryce i pokazywanej w filmach produkcji Arona Spellinga, takie kinowe i harlequiny.
Więc kiedy Kim zapytał się , co chcę zwiedzać w Paryżu, powiedziałam, że chcę spożywać kolacje w restauracji "Le Grand Colbert" w brasserie "Lipp" a śniadania i lunche w Cafe de Flore lub Les Deux Magots i robić zakupy w galeriach, La Fayette też. Od Faubourg Saint - Germain, dzielnicy bardzo okazałej i nobliwej, gdzie znajdował się nasz hotel do słynnych kawiarni w Saint - Germain Des - Pres nie było daleko. Późne śniadania, prawie lunche spożywaliśmy w tym legendarnym czworoboku, który roi się od różnorodnego tłumu. Do kawiarni "De Flore" przed wojną zachodzili Chagall, Picasso,Dali,  po wojnie Sartre i Simone de Beauvair. Każdy wtedy czuł się egzystencjalistą. Królowała chuda i blada Juliet Greco, smutna muza tamtych czasów. Wszyscy dużo pili i filozofowali, pisarze i malarze otoczeni tłumem wyznawców i wielbicieli. Dzisiaj rzeczywistość przerosła legendę, w historycznych kawiarniach słychać bardziej angielski niż francuski. Podobnie w restauracji "Lipp", gdzie trzeba rezerwować stolik parę dni wcześniej. Kiedy byłam na Key - West, piłam drinki w słynnym barze, gdzie bywał Hemingway, kiedy był już uznanym pisarzem. W Paryżu w latach 20. stołował się u "Lippa", często za ostatnie pieniądze. Przypadkiem weszłam na "kulinarne" ścieżki Hemingway'a, w każdym miejscu było to fascynującym przeżyciem.
Z pięknego Faubourg Saint - Germain, gdzie mieszkaliśmy przez parę dni, niedaleko też było do słynnych krytych galerii, galerii nazywanych dość niepokojąco i dwuznacznie "pasażami", jak gdyby w tych cienistych korytarzach nie wolno było nikomu zatrzymać się na dłużej niż jedną chwilę. Galeria Vivienne należy do architektonicznie najpiękniejszych pasaży Paryża. Wraz ze swoimi mozaikowymi podłogami, szklanymi kopułami i marmurowymi kolumnami tworzy najelegantszy i najjaśniejszy pasaż stolicy. Równie elegancka jest pobliska Galerie Colbert, której część należy do Biblioteki Narodowej, a na przeciwko w restauracji "Le Grand Colbert" można spożyć kolację z Jackiem Nicholsonem....w komedii "Something gotta got" ("Lepiej późno niż później"). "Paszport na wyobraźnię i marzenia", jak to pięknie powiedziała prof. Maria Janion, ja otrzymałam pewnego popołudnia z celtyckiego miasteczka Langonnet, obym go miała jak najdłużej.

3 komentarze:

  1. Czy Wasze pierwsze spotkanie w realu też było w Paryżu??? Bo jeśli tak to nie bez powodu się na siebie natknęłyśmy ha ha!

    OdpowiedzUsuń
  2. ja z mezem co prawda nie spotkalam sie w Paryzu po raz pierwszy, ale tez tam polecielismy na kilka romatycznych dni :) nie planowalam za wiele i podazalam szlakiem z mapki w przewodniku:) swietnie spedzilismy czas! :)
    lusin

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierwsze spotkanie w tzw realu było w Paryżu, a potem było tam jeszcze parę romantycznych randek. Za każdym razem nie mogłam do siebie dojść po tych wyjazdach.

    OdpowiedzUsuń